Droga do dormitorium

sobota, 13.sierpnia.2011, 16:53

Czym prędzej przebiegłyśmy przez pusty lasek prowadzący do alei, przy której stał mój niewielki dom w kolorze wiśni, choć w ciemności nie było tego widać. Dopadłam pozłacanej klamki dębowych drzwi, trzymając w ręku różdżkę i rzucając zaklęcie Alohomora. Wbiegłyśmy do środka, wprost do salonu, gdzie bez zastanowienia wyczarowałam myślodsiewnię. Usiadłyśmy już nieco spokojniejsze na turkusowej sofie, opierając się o nią swobodnie plecami, po czym jednocześnie odetchnęłyśmy z ulgą.
- Jak dobrze być w bezpiecznym miejscu – zaczęła Henri.
- Nie takim bezpiecznym, choć niewątpliwie bezpieczniejszym niż mieszkanie Severusa.
- Właśnie o to mi chodziło. Że ty zawsze musisz być taka małostkowa.
- Wybacz, w mojej pracy trzeba być precyzyjnym i małostkowym.
- OK, już nic nie mówię.
- Może odłożysz te wspomnienia na stolik lub gdzieś z boku?


Dopiero w tym momencie moja towarzyszka zorientowała się, że wciąż trzyma miskę i fiolki w rękach. Ja również zdałam sobie sprawę z tego, że całkowitym przypadkiem zwróciłam na to uwagę i jakby mimowolnie o tym wspomniałam, tak jakbym automatycznie zamykała drzwi.


Oczywiście miskę położyła na stoliku, a resztę odłożyła na podłogę tuż obok sofy. Przez parę minut debatowałyśmy na temat, które wspomnienie najpierw wlać do kielicha i czy w ogóle się z tym tak spieszyć.
- Mówiłyśmy o tym u Seva, że trzeba dowiedzieć się, czy Tobiasz często się tak nad nim znęcał – powiedziałam trochę poirytowana tym, że nagle Henrieta chciała zmieniać cały plan.
- OK, dziewczyno, ale spójrz, nie wiemy, które wspomnienie jest które, oprócz tych w fiolkach, a jak widzę, żadna nie jest podpisana imieniem waszego ojca.
- To co, bierzemy pierwsze lepsze?
- Chyba trzeba tak zrobić. Najlepiej sprawdzić najpierw te z miski, według mnie...
- Dobrze – odparłam i wyczułam, że Henri dosłyszała nutkę zdenerwowania w moim głosie. – Mogłabyś otworzyć wieko? – Tym razem postarałam się być milsza.


Bez słowa machnęła różdżką i odłączyła przykrywkę od głębokiego naczynia. Następnie powoli chwyciła nią jedno z wirujących niebieskich substancji i przelała do myślodsiewni.


Nachyliłam się nad kielichem i wsadziłam głowę do środka. Automatycznie znalazłam się w jakimś olbrzymim korytarzu. Był wysoki na jakieś trzydzieści stóp i szeroki na pewnie cztery tysiące. Przede mną, po jego środku wznosiły się olbrzymie, drewniane drzwi otwarte na oścież, a za nimi rozciągała się huczna, zalana światłem świec sala. W jej wnętrzu stało pięć stołów – cztery wzdłuż i jeden w poprzek, a przy nich siedziało w sumie chyba z pięćset osób.


Wchodziłam trochę nieśmiało do środka, choć wiedziałam, że i tak nikt mnie nie widzi, gdy nagle ujrzałam idącą na mnie grupkę dzieci – pewnie pierwszorocznych – idących za wysokim, białowłosym chłopakiem z błyszczącą się, złotą plakietką na piersi. Wszyscy mieli szaty ubarwione przy kołnierzu kolorami srebrnym i zielonym. Dotarło wtedy do mnie, że to grupka Ślizgonów ruszyła już do swojego dormitorium. Pospiesznie zaczęłam szukać w tłumie mojego brata na przemian z spoglądaniem na uczniów siedzących przy stole najbardziej po lewej stronie. Wreszcie dostrzegłam jego głowę wśród tych wychodzących dzieciaków. Szedł prawie na samym końcu, depcząc po szacie chłopcu przed nim. Ten mocno zdenerwowany tym, zaczął wygrażać mu pięścią, mówiąc, że jeśli jeszcze raz nadepnie mu na odzienie, rozkwasi mu nos. Można się było go wystraszyć nie na żarty, bowiem był dość barczysty jak na jedenastolatka i sprawiał wrażenie takie, że nic nie powstrzyma go przed skrzywdzeniem innego, nawet będącego w tej samej drużynie. Severus zmieszany zaczął oglądać się dookoła, jakby szukając pocieszenia. Nagle stanął. Osoby za nim wpadły na niego, po czym odepchnęły go, rzucając go na podłogę.
- Patrz, co robisz, długonosy – krzyknął jeden z „poszkodowanych”. Następnie nie zwracając dalej uwagi na Seva, podążali równym krokiem z resztą grupy.


Miałam ochotę chwycić ich za ramiona i również pchnąć na ziemię, jednak z oczywistych względów, nie mogłam tego uczynić. Przyglądałam się jedynie mojemu bratu, jak podnosi się powoli i otrzepuje z właściwie niewidzialnego kurzu oraz jak tamci odchodzą po schodach, śmiejąc się wniebogłosy. „Że też ten przewodniczący nic nie zrobił. Chyba nie był tak głuchy, by nie usłyszeć harmidru za nim”, przeszło mi przez myśl. Byłam mocno podenerwowana.
- Sev, nic ci nie jest? – usłyszałam ciepły, dziewczęcy głos za sobą, a po tym zobaczyłam wątłą dziewczynkę z brązowymi warkoczami do pasa podbiegającą do niego i pomagającą mu doprowadzić się do normalności.
- Nie, nic, dzięki. Jest w porządku. – uśmiechnął się niemrawo, poprawiając szatę.
- Na pewno, nic się nie boli? Porządnie zwaliło cię z nóg i upadłeś na... tył... – mówiła pospiesznie przybyszka.
- Na pewno jest ok.
- To dobrze. – Widziałam ulgę w jej oczach, jednak nie długo, bo po chwili rozgorzała w nich chęć odpłacenia się winowajcom. – Jak oni mogli? Dlaczego prefekt się nie zatrzymał? Dlaczego ci nie pomógł? – wyrzucała z siebie nowe pytania z prędkością światła.
- Saro, uspokój się – złapał koleżankę za ramiona – Lucjusz ma ważniejsze sprawy. Musi zaprowadzić początkujących do dormitorium i później jeszcze...
- Właśnie – przerwała mu – musi zaprowadzić pierwszorocznych do dormitorium, ale to wszystkich, a nie zgubić jednego po drodze.
- Znajdę drogę. Zresztą ty też nie idziesz ze swoimi.
- Bo zobaczyłam, co ci zrobili. Miałam sobie iść, jak mój przyjaciel dostał cięgi?
- Nie dostałem. Po prostu mnie pchnęli, gdy się zatrzymałem. To moja wina, jasne?
- OK, jak chcesz...


Zapadła jakby niezręczna cisza. Oboje wyglądali, jakby chcieli coś powiedzieć, ale bali się, co odpowie na to drugie. W końcu Sara odezwała się:
- Sev, czy teraz, jak jesteś w Slytherinie, a ja w Hufflepuffie, to nie będziemy się widywać? – zapytała smutnym głosem.
- Dlaczego? Co ty? Będzie dobrze, wiesz... – klepnął ją w ramię.
- To fajnie. A...


Nie dokończyła. Severus zerwał się natychmiast w stronę wejścia do tej olbrzymiej sali, z której wychodzili uczniowie w szkarłatno-złotych barwach. Przez moją myśl przebiegło słowo „Gryffindor”, nawiązując do powyższych kolorów.


Chłopiec podbiegł do rudowłosej dziewczynki i chwycił ją za rękę. Ta zachwiała się, lecz pod naporem siły ciągnącej ją w bok, poszła za Severusem pod jedną ze ścian. Sara przyglądała się temu mocno zdziwiona – niewątpliwie widziała dziewczynę po raz pierwszy, tak samo jak ja.
- Co ty wyprawiasz, Sev? – zapytała nieco rozdrażnionym głosem, uderzając go w sam środek chudego ramienia.
- Nic – odparł zmieszany.
- Jak to nic? Wyrywasz mnie z grupy, gdy idziemy do wieży. Jak ja teraz tam trafię?
- Ja też nie wiem, gdzie jest moja. Jest jeszcze parę innych, starszych uczniów, którzy nie poszli do siebie, więc nie ma problemu – wzruszył ramionami.
- Może dla ciebie nie ma, ale dla mnie tak. Nie chcę pierwszego wieczoru wpakowywać się w kłopoty.
- Lily, nie wpakujesz. Chciałem tylko zapytać, co teraz? Jesteś w Griffindorze...
- Tak – posmutniała. – A ty w Slitherinie. Ale nadal jesteśmy przyjaciółmi, nie?
- Przyjaciółmi? – nagle w rozmowę wcięła się Sara. – Ja jestem jego przyjaciółką. – wyznała z oburzeniem. – Sev, kim ona jest?


Severus oniemiał i znieruchomiał. Sara patrzyła na niego pytająco. Zaraz po niej z równym zaintrygowaniem wpatrywała się w niego dziewczynka nazwana Lily.
- Ee... – wyrwało się z jego krtani – Saro, to Lily, Lily, to jest Sara – przedstawił sobie dziewczęta, które popatrzyły na siebie nieco wrogo.
- Lily? – ciemnowłosa skrzywiła się lekko – OK. Bez różnicy... Skąd ją znasz? – zwróciła się do Seva mocno rozeźlona. – I dlaczego w połowie naszej rozmowy podbiegasz do niej?
- Tak wyszło... – zmieszał się Ślizgon.
- Tak wyszło? Fajnie. Rozmawiamy o naszej przyszłości, a ty mnie zostawiasz?
- Przyszłości? – zdziwiła się Lily. – Planujecie wspólną przyszłość? Nie za wcześnie?
- Nie to! – krzyknęła Sara już zdecydowanie zdenerwowana – Znam Severusa od urodzenia, mieszkamy dwa kroi od siebie i trafiliśmy do różnych domów, to raczej jest problem i powód do poważnej rozmowy, nie? Ale ty tego nie zrozumiesz. Nie wiem, skąd się znacie i mało mnie to obchodzi, ale jakbyś mogła sobie pójść, bo jednak chciałabym dokończyć rozmowę z Sevem.
- Hej, chwila – obruszyła się Gryfonka. - To on odszedł od ciebie i mnie porwał. Też długo go znam i też trafiliśmy do różnych domów. Mamy ten sam problem, księżniczko.
- Dziewczyny, nie bijcie się, proszę – odezwał się nagle brunet.
- Cicho bądź, Severus – krzyknęła Lily.
- Właśnie. Dlaczego nic mi nie powiedziałeś, że znasz Lily?
- Wiesz, to jest tak, że Lily pochodzi z mugolskiej rodziny i tłumaczyłem jej, na czym polega magiczny świat.
- Ale dlaczego nic mi o niej nie powiedziałeś? Też chętnie bym pomogła.
- Nie wiem, tak jakoś...
- A mi? Dlaczego nic nie powiedziałeś o Sarze? – zagadnęła Lily.
- No, bo rozmawialiśmy o Hogwarcie i o Azkabanie, i takich tam... Jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, by was poznać ze sobą – Severus skulił się, jakby chciał schować głowę między ramionami.


Obie spojrzały na niego wrogo, obrzucając go niewidzialnymi piorunami z oczu, przez co chłopiec skulił się jeszcze bardziej i szczelniej zasłonił sobie twarz. Trochę rozbawiła mnie ta sytuacja. Niby dziewczęta wyglądały, jakby miały mu zrobić krzywdę, ale znając takie zdarzenia, jedyne co by mu zrobiły, to kopnęły w nogę, uderzyły w ramię lub trzepnęły go w czubek głowy, a żadna z tych form odpłacenia się nie sprawiłaby, że Severus by jakoś nad wyraz cierpiał. Zaśmiałam się w duchu, czekając na rozwiązanie akcji. Wtedy Sara pchnęła lekko Ślizgona i wygrażając mu palcem, odpowiedziała mu krótko i przejrzyście:
- Gdybyś był dziewczyną, obraziłabym się na ciebie do końca świata, ale jesteś chłopakiem, więc to normalne, że nie myślisz. Mama mówi, że chłopcy dojrzewają dłużej, to by wyjaśniało to, że nie pomyślałeś o tym, by nasz ze sobą poznać.


Sev spojrzał na nią jakby z nadzieją, że jednak nie dokona na nim jakiejś bolesnej tortury, po czym popatrzył błagalnie na Lily.
- Ale – kontynuowała Sara – nie wybaczę Ci przez najbliższy czas tego, że tak mnie zostawiłeś z boku i podbiegłeś do niej – wskazała głową Gryfonkę.
- Przepraszam – odrzekł ledwo dosłyszalnie, lecz z wyraźną skruchą.
- Wiem, że jest ci przykro, ale jestem na ciebie zła, więc dopóki do ciebie nie podejdę któregoś dnia, możesz się do mnie nie odzywać.


To powiedziawszy, odeszła, szurając po kamiennej podłodze za dużą szatą. Severus chciał ją jeszcze dogonić, ale tym razem zatrzymała go Lily. Pokręciła wyraźnie głową, by się nie ruszał i przyciągnęła go bardziej do ściany tak, by nie przeszkadzać kolejnym wychodzącym uczniom z sali powitalnej.
- Też bym była zła za coś takiego, ale wydaje mi się, że trochę przesadziła z tym nieodzywaniem się. Choć pewnie już jutro do ciebie podejdzie – Lily próbowała go pocieszyć.
- Mam nadzieję... Ale ona nie pasuje do Hufflepuffu.
- To, że cię tak potraktowała, to normalne, dziwniejsze jest to, że ty jesteś w Slytherinie.
- Moja mama tam była i ja też się nadaję. To, że chcę się przyjaźnić z tobą i z nią, nie znaczy, że tam nie pasuję.
- No widzisz. To jest ta sama sytuacja. Wiesz co? Tak poza tym, to...
- Witam, pana zagubionego – za placami Seva stał ten sam białowłosy chłopak z plakietką na piersi, który prowadził pierwszorocznych do dormitorium Slytherinu; jak dobrze pamiętałam został nazwany prefektem i Lucjuszem – Gawędzimy sobie z mieszkanką dobrodusznych błaznów? - odezwał się spokojnie, lecz z odrobiną jadu w głosie.


Severus odwrócił się lekko wystraszony i spojrzał szeroko otwartymi, czarnymi oczami na przybysza.
- Rozmawiam z Gryfonką – odparł.
- Właśnie o tym mówię. A dlaczego nie jesteś teraz w dormitorium Slytherinu, co?


W odpowiedzi Sev bez zastanowienia wzruszył ramionami.
- Wypadłem z rytmu.
- Co takiego? – starszy Ślizgon był mocno zdziwiony taką odpowiedzią.
- Nieważne...


Lily przyglądała się im ze spokojem i uwagą, choć wyglądała, jakby miała zaraz stamtąd uciec.
- Słuchaj, młody, jeszcze raz wykręcisz numer ze znikaniem, a załatwię ci naukę spadania z Wieży Astronomicznej.


Sev pokiwał głową ze zrozumieniem. Po czym odwrócił się do Lily i machnąwszy jej raz nieznacznie – pewnie tak, by białogłowy tego nie widział – odszedł za nim.


Szli w ciszy po schodach na dół, aż znaleźli się jakby w lochach. Było ciemno i zimno, dreszcze przechodziły mi po skórze z częstotliwością jednego na sekundę. Wtedy Lucjusz zapalił koniuszek różdżki zaklęciem Lumos, a następnie obdarzył światłem poszczególne wystające ze ścian pochodnie. Widziałam, jak Sev przygląda się temu z zachwytem.


Ściany i podłoga były całkowicie kamienne, co tłumaczyło chłód. Zauważyłam też, że co parę metrów znajdowały się tu schody prowadzące jeszcze niżej.
- Teraz powiedz mi tak szczerze, co się stało, że nie dotarłeś do dormitorium – zapytał nagle prowadzący, idąc dalej przed siebie.
- Mówiłem, straciłem rytm.
- Jasne. A co to oznacza? – w tej chwili wracało mu poirytowanie. Czekał z minutę, może dłużej, jednak nie otrzymał odpowiedzi. Przystanął wtedy i odwrócił się do Seva z poważną miną.
- Domyślam się, że coś się stało, o czym nie chcesz powiedzieć, ale jeżeli ktoś coś ci zrobił i dlatego wylądowałeś z tyłu, to moim obowiązkiem jest znaleźć tego kogoś i wyciągnąć w stosunku do niego odpowiednie konsekwencje, rozumiesz? – Sev skinął głową. Lucjusz kontynuował. – No, to podziel się tym, kto cię „wybił z tego rytmu”. – Brunet nadal milczał. – Nie mam czasu na durne zabawy ze smarkaczem. Gadaj, kto to zrobił albo to ciebie ukarzę za umyślne oddzielanie się od grupy.
- W Slytherinie ponoć nie zwracacie uwagi na poszkodowanych – Severus wreszcie otworzył usta.
- Co? Ee... Jasne, ale wiesz, jak mi nauczyciel siedzi na karku, to wolę w spokoju ukończyć ten cholerny ostatni rok. Nikt nie zapamiętuje cię z pierwszego roku tylko z siódmego, łapiesz?
- To o to chodzi...
- Nie będę już z tobą dyskutować. Nie chcesz powiedzieć, kto jest sprawcą, to sam się nim stajesz, także podam profesorowi Slughornowi, że to ty sam odszedłeś od grupy z pełną świadomością, dociera?


Sev nie odpowiedział tylko ruszył na przód. Lucjusza jeszcze bardziej to zdenerwowało, ale chyba wolał już mieć spokój, więc darował sobie z uganianiem się za pierwszakiem. Powoli zaczął gasić za sobą pochodnie pojedynczymi machnięciami różdżką i przekazywać ogień kolejnym niezapalonym pochodniom przed nimi.


Po około dziesięciu minutach stanęli przed równie kamienną ścianą jak pozostałe, jednak ta zakańczała ich dalszą podróż, bowiem jedynie, gdzie mogli jeszcze pójść, było miejsce, z którego przyszli.
- Lebiana – powiedział Lucjusz i dotknął ściany różdżką na samym jej środku. Wtenczas zahuczało, jakby sufit miał się posypać i ściana ruszyła się, tworząc podwójne wejście do pokoju Slizgonów, jak się domyślałam. Oczywiście w powietrze uniosło się trochę pyłu i piachu, jednak było to znośne i nikt nie zaczął się krztusić czy kaszleć.
- Zapamiętaj sobie to słowo „Lebiana”, młody, bo będziesz go potrzebował za każdym razem, gdy będziesz wchodził do naszego Pokoju Wspólnego. To hasło utrzymuje się do odwołania, więc możliwe, że będzie przez cały rok, choć w zeszłym było zmieniane chyba cztery razy. Czaisz, co mówię?


Sev ponownie, nie odzywając się, pokiwał głową.
- OK, a teraz właź do środka. Po lewej są dormitoria chłopców, tam znajdziesz sobie jakiś pokój – powiedział, wskazując lewe wejście do kolejnej komnaty.
- Dzięki – rzucił brunet i wkroczył do rozległego pokoju Slytherinu.


Pomieszczenie było dość ciemne, oświetlane pojedynczymi zielonymi światłami wydobywającymi się z lamp przy sklepieniu. Podłoga była wyłożona szmaragdową wykładziną, a ściany pokryte malachitowo-srebrnymi tapetami. Niedaleko prawego wejścia do, jak wydedukowałam, dormitorium dziewcząt znajdował się kominek, w którym intensywnie palił się ogień. Przed nim stała kanapa i dwa fotele, a za nią parę czteroosobowych, bogato zdobionych stolików z różnorodnymi krzesłami. Prawdopodobnie cały ten zestaw miał służyć do odrabiania prac domowych.


Gdy Severus przekroczył próg Pokoju Wspólnego, wszystkie oczy zwróciły się w jego stronę. Po prawej ktoś zaczął się śmiać. Spojrzałam tam i ujrzałam dwóch chłopców, w tym jednego, który popchnął Severusa. Pokazywał na niego palcem i szeptał coś temu drugiemu na ucho. Mój brat jednak nie zważał na nich i od razu udał się w stronę pokojów sypialnianych.


Przejście na początku było wąskie, jednak po paru metrach poszerzało się, tworząc korytarz z wieloma drzwiami. Domyślałam się, że za każdą z par mieściły się sypialnie.


Sev nieśmiało otworzył pierwsze drzwi, uprzednio zapukawszy. Zajrzał do środka, po czym przywitał się z mieszkańcami.
- Pierwszoroczny? – zapytał jeden z nich z krótkimi czarnymi włosami, ubrany już w coś, co mogło służyć za piżamę.
- Tak, i szukam pokoju...
- A, w porządku, musisz iść do końca. Tam, na lewo będzie kolejny korytarz. Znów lecisz prosto i jakieś ostatnie dziesięć drzwi należy do pierwszaków. Tam szukaj wolnego miejsca.
- Dzięki – Sev skinął głową i już miał zamykać za sobą drzwi, gdy chłopak, który go poinstruował, ponownie się odezwał:
- Lucjusz tego nie mówił?
- Odłączyłem się od grupy i dopiero teraz dotarłem. Nie wiem, co mówił innym.
- Aha... To powodzenia, młody.
- Dzięki.


Chłopiec zamknął za sobą drzwi i ruszył tak, jak polecił mu „starszy kolega”. Gdy dotarł do ostatnich dziesięciu wejść, zapukał do tego na samym końcu. Jakiś chłopięcy, chrypliwy głos pozwolił mu wejść.


Sev pociągnął za klamkę i wszedł do środka. Rozejrzał się po pokoju. Był nieduży. Stały w nim zaledwie trzy łóżka. Na jednym siedział chłopiec o blond włosach, w czerwonej koszulce z przekreślonym złotym gryfem i grzebał coś w drewnianym kufrze. Nie odrywając się od poszukiwań, przywitał się:
- Cześć, co tam?
- Cześć – odpowiedział mu Sev jakby z mała obawą. – Wszystko w porządku. – Oparł się o ścianę tuż przy wejściu.
- To dobrze. U mnie też. I co?
- Ee... No, mogę się wprowadzić?


Wtedy chłopiec oderwał się od kufra. Spojrzał na Seva. Zlustrował go od góry do dołu parę razy, po czym wstał, podszedł do niego i podał mu rękę. Widząc, że brunet jest nieco zmieszany i patrzy się podejrzliwie na jego wyciągniętą dłoń, powiedział całkiem spokojnie:
- Mój tata zawsze mówi, że jak się kogoś poznaje, to trzeba mu podać rękę, by nawiązać choć drobny kontakt, szczególnie gdy daną osobę, będzie się widziało częściej niż raz w roku. A skoro pytasz o wprowadzenie się, to raczej będziemy się widzieć bardzo często. – Jeszcze raz wyciągnął przed siebie rękę. Tym razem Sev ją uścisnął i uśmiechnął się niemrawo, widząc, że jego nowy współlokator szczerzy się ogromnie.
- Fajnie, już myślałem, że będę sam. Co tak późno?
- Odłączyłem się od grupy.
- A, to ty jesteś tym, którego pchnął Kaddighan?
- Może...
- Spoko, nie przejmuj się, to matoł, jak jego brat. Chodzi z moim do piątej teraz. Mój brat zawsze powtarza, że to dupek. Właściwie nie wiadomo, dlaczego on, znaczy mój brat, się tu dostał i ja zresztą też. Może dlatego, że nasz tata był w Slytherinie, a teraz robi w Ministerstwie w Departamencie Tajemnic, ale nie pytaj mnie, co tam jest.


Sev chciał mu już odpowiedzieć, gdy ten zaczął mówić dalej:
- I nie patrz na moją koszulkę, jest po bracie, który dostał ją od jakiegoś gościa z jego roku. Brat mówił, że miał takich ze sześć. Więc nie przejmuj się Kaddighanem. On jest mocny w gębie i w popychaniu, ale gdyby miał się bić tak naprawdę, uciekłby do mamusi. – Zaśmiał się.
- Aha... Czy mogę gdzieś zająć sobie miejsce? – pospiesznie zapytał Severus, jeszcze zanim nowy kolega zaczął kolejny temat.
- A jasne. To jest moje – wskazał łóżko z kufrem. - A reszta jest wolna, wybieraj.


Niezastanawiając się, mój brat usiadł na łóżku tuż obok kolegi.
- A gdzie znajdę mój kufer?
- Hm... Pewnie gdzieś jest ukryty. Chyba trzeba by pójść do Lucjusza... W ogóle to nazywam się Martin Drive. Jak Elger Drive, ten szukający Wichrów Północy, ale nie jestem z nim spokrewniony, a szkoda, może miałbym zniżki na mecze lub w ogóle bym nie płacił. Fajnie by było. Lubisz Quiddich?
- Nie wiem...
- Spoko, dasz radę. Pewnie w październiku, jak zawsze, zaczną się rozgrywki, to zobaczysz, jak się gra i na pewno polubisz.
- Wiem jak się gra i w ogóle to...
- A to dziwne. Wiesz, jak się gra, ale nie wiesz, czy lubisz tę grę. Naprawdę dziwne.
- Możliwe. Czy mógłbyś na chwilę się przymknąć? – Wypalił nagle Severus wyprowadzony już z równowagi. Szczerze powiedziawszy, Martin był irytujący. Gadał bez przerwy, ciągle wcinając się w słowo. Pewnie też bym w końcu nie wytrzymała i kazała zamknąć mu buzię.


Martin zdawał się nie być zaskoczony tym, co powiedział Sev a wręcz, jakby słyszał to codziennie. Jednak nieco zasmucony spuścił głowę, siadając na swoim posłaniu.
- Przepraszam, że tak uderzyłem w ciebie, ale gadasz bez przerwy, a ja próbowałem ci powiedzieć jak się nazywam.
- No tak... Wiem, gaduła ze mnie. Często mi się to zdarza. Dlatego to nic nowego dla mnie, że powiedziałeś, abym się przymknął. To jak się nazywasz?
- Severus Snape.
- Severus... fajnie imię. Pierwszy raz się z takim spotykam. Kolega mojego taty ma na imię Filgeniusz. Też takie niespotykanie, nie? – spojrzał na Seva, który zmarszczył brwi w sposób mówiący, żeby znowu nie zaczynał. – To może pomóc ci szukać kufra, co?
- Nie, na dziś odpuszczę. Jestem już strasznie zmęczony. Położę się w tym, co mam na sobie.
- Jak chcesz, ale z rana będzie mało czasu, bo trzeba iść na śniadanie i od razu później na zajęcia.
- Jakoś sobie poradzę – położył się na boku, odwracając się do Martina plecami. Po jakichś pięciu minutach już spał w najlepsze, a ja powróciłam do domu.

Katrin
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii




Oprawa graficzna

Szablon wykonała Invisible Fairy, zdjęcia pobrane z: TinyPic oraz Googli. Na zdjęciach prezentuje się Alan Rickman. Więcej na MagicLayouts - magiczne szablony!




Jeśli masz jakieś pytania lub problem, napisz na c_dur@autograf.pl


Fav me
Link me

Poznaj Katrin tutaj

Menu

Guest book
Bohaterowie
Profile

Rozdziały

1. Początek
2. Dom Snape'ów
3. Nieznajony
4. Powrót ojca
5. Księżniczka Sara
6. Porozrzucane wspomnienia
7. Droga do dormitorium

Archives

2011
lipiec (5)
sierpien (2)

Links

Ukochane
Ice&Fire
madeinbed
Nauczyciel Transmuacji
Groteskowy Lord

Nagrodzone, bo tak chcę
Draco Malfoy
magiclayouts
mnemosis
Snape's New Life
Katrin Arche

Oceny
Felix Felicis
Moje oceny HP i inne
q-py-blok
Sum

TwarzKsiążka



Szablon

MagicLayouts ©